Już nie szukam pracy, już prawie wpadłam w rutynę kieratu, drepcąc po tych samych chodnikach i ścieżkach do pracy - i znowu nadszedł czas zmian. Czas na nowe mieszkanie, zebranie gałązek pod skrzydełka i lot do innych krajów. Wyprowadzka. Minęło 8 miesięcy na pięknym Gocławiu, miesięcy pracy, wakacji, zabawy, nauki. Przybyło mi gratów, doświadczeń, umiejętności, mam kota - z którym nie wiem co zrobię, mam pracę odległą godzinę drogi, kurs prawa jazdy prawie skończony, nowy komputer. Ze 3 pary butów, żadnej torebki.
Przestałam myśleć w kategoriach: cudze mieszkanie, prawie zapomniałam ze nie jesteśmy tam na stałe. Miałam w głowie przemeblowania, zakupy... i koniec. Cóż, czas na zmiany, na coś nowego, być może lepszego. Choć boję się zmian, cieszę się na powrót na Ursynów (jak się uda).
środa, 25 września 2013
Zmiana skóry
niedziela, 15 września 2013
Wszystko z proszku Tesco
Pamiętacie stare produkty marki Tesco? Białe opakowanie, niebiesko czerwone detale, zdjęcie zawartości i wielki napis Tesco. Synonim najgorszej możliwej jakości, tylko słodycze czasami kupowałam - bo słodycze to słodycze, a Jaffa Cookies prawie jak delicje :P
"Produkty – kopie w nienajlepszej jakości. Podróbki i mierni naśladowcy. Pejoratywne „Tesco pasiaki”. To wyraz naszej niechęci wobec produktów tanich i w niskiej jakości. "
To było kiedyś. A teraz?
"Marka własna odpowiadając na aktualne sytuacje społecznościowe i ekonomiczne, jest dynamiczna i krocząca. Staje się, co ważniejsze, w świadomości klienta produktem równoprawnym rynkowym liderom. Marka własna staje się priorytetowym czynnikiem integrującym przestrzeń handlową. Będą kiedyś eksperymentem handlowym, niejawnym i pozbawionym swojej tożsamości, dziś jest realną i jawną siłą handlową. Stanowi nie tylko o rentowności sieci, ale i przede wszystkim o wizerunku sieci i lojalności klienta wobec niego. Ta ogromna zmiana jakościowa, która warto podkreślić, nastąpiła zaledwie na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia, jest obecnie najważniejszym czynnikiem handlowym.
W 2013 roku rynek marki własnej wart będzie 46 miliardów złotych. Kto by przypuszczał, że czternaście lat temu, kiedy to „Tesco pasiaki” rozpoczęły historię private label w Polsce, tak mocno zaważaną tradycyjnym układzie sił na rynku. "
Często aż byłam zaskoczona szerokim asortymentem (kocie przysmaki dentystyczne, sypki brązowy ryż), jakością ( wkładki higieniczne, tampony) i estetycznością opakowań. Dodatkowo można podszkolić swój język czytając informacje o produkcie.
Ceny - w moim odczucie pokazują, o ile przepłacamy gdy kupujemy produkty wiodących marek. Na przykład, ja nie widzę różnicy między tamponami O.B czy Facelle z Rossmanna czy z Tesco. Widzę za to różnicę w cenie:
All about Body (Tesco) 32 sztuki Super 4,99 zł
O.B. original 32 sztuki Super 14,99 zł.
Czy O.B. ma lepszą watę? Bardziej bawełnianą? Może są milsze w dotyku, ale mam dopłacać za to 10 zł? 30 gr na każdej sztuce? Albo za niebieski sznureczek? Nie mówię już o Tampaxach, które uważam za kompletną porażkę, aplikator nie przemawia do mnie, i tak musiałam poprawiać je same. Konsumpcyjny styl życia wmawia nam, że jednak tampaxy są lepsze od teściaków. Że kalosze mogą być tylko Hunter, że bez gąbeczki Beauty Blender do podkładu, szczotki Tangle Teezer do włosów, czytnika książek Kindle będziemy gorsi - mając te same rzeczy, tylko nie markowe. (wypisałam takie, o których zakupie myślałam, poza Hunterami)
Mają smaczne, zdrowe Smoothies, chusteczki w ładnych paczuszkach. Wszystko przemawia za tym, żeby nie odkładać na półkę czegoś tylko dlatego bo ma napis Tesco na sobie.
"Produkty – kopie w nienajlepszej jakości. Podróbki i mierni naśladowcy. Pejoratywne „Tesco pasiaki”. To wyraz naszej niechęci wobec produktów tanich i w niskiej jakości. "
To było kiedyś. A teraz?
"Marka własna odpowiadając na aktualne sytuacje społecznościowe i ekonomiczne, jest dynamiczna i krocząca. Staje się, co ważniejsze, w świadomości klienta produktem równoprawnym rynkowym liderom. Marka własna staje się priorytetowym czynnikiem integrującym przestrzeń handlową. Będą kiedyś eksperymentem handlowym, niejawnym i pozbawionym swojej tożsamości, dziś jest realną i jawną siłą handlową. Stanowi nie tylko o rentowności sieci, ale i przede wszystkim o wizerunku sieci i lojalności klienta wobec niego. Ta ogromna zmiana jakościowa, która warto podkreślić, nastąpiła zaledwie na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia, jest obecnie najważniejszym czynnikiem handlowym.
Często aż byłam zaskoczona szerokim asortymentem (kocie przysmaki dentystyczne, sypki brązowy ryż), jakością ( wkładki higieniczne, tampony) i estetycznością opakowań. Dodatkowo można podszkolić swój język czytając informacje o produkcie.
Ceny - w moim odczucie pokazują, o ile przepłacamy gdy kupujemy produkty wiodących marek. Na przykład, ja nie widzę różnicy między tamponami O.B czy Facelle z Rossmanna czy z Tesco. Widzę za to różnicę w cenie:
All about Body (Tesco) 32 sztuki Super 4,99 zł
O.B. original 32 sztuki Super 14,99 zł.
Czy O.B. ma lepszą watę? Bardziej bawełnianą? Może są milsze w dotyku, ale mam dopłacać za to 10 zł? 30 gr na każdej sztuce? Albo za niebieski sznureczek? Nie mówię już o Tampaxach, które uważam za kompletną porażkę, aplikator nie przemawia do mnie, i tak musiałam poprawiać je same. Konsumpcyjny styl życia wmawia nam, że jednak tampaxy są lepsze od teściaków. Że kalosze mogą być tylko Hunter, że bez gąbeczki Beauty Blender do podkładu, szczotki Tangle Teezer do włosów, czytnika książek Kindle będziemy gorsi - mając te same rzeczy, tylko nie markowe. (wypisałam takie, o których zakupie myślałam, poza Hunterami)
Mają smaczne, zdrowe Smoothies, chusteczki w ładnych paczuszkach. Wszystko przemawia za tym, żeby nie odkładać na półkę czegoś tylko dlatego bo ma napis Tesco na sobie.
wtorek, 10 września 2013
Sorki, I go to workee
Ponieważ jutro idę do lekarza na 11 - dotrę do pracy dopiero na 12, mam sporo czasu i mogę się podzielić z Wami moimi refleksjami nt. pracy. Ujmę je w punktach.
Szybki kurs przetrwania w przedszkolu - i to po angielsku! Jak się dogadać z panią kucharką czy sprzątaczką? Myć z dziećmi rączki, ząbki, wycierać dupki? Uczyć się wszystkiego? Muszę zamykać bramki na schody, uważać na dzieci cały czas, nie zostawiać ostrych przedmiotów na wierzchu, podawać posiłki, pomagać je jeść, sprzątać, bawić się, grać w piłkę, huśtać
huśtać huśtać huśtać huśtać (ja pikolę, zwariuję jak jeszcze raz usłyszę "Ciociu pohuśtasz mnie" albo "Ciociu staniesz na bramce" - udaje mi się obronić strzały 5-latków tylko z powodu postury).
Nie ma czasu na refleksje, wstaję rano, ubranko, śniadanko (zawsze to samo, więc nie namyślam się, płatki z owocami i mlekiem sojowym + herbata) zęby, niby makijaż i off I go. Ale czuję się wreszcie pożyteczna społecznie. Nie oszukujmy się, beze mnie przedszkole by stało nadal. Ale jak mnie chcieli, to mają.
Mam firmowe koszulki do pracy, kupione dresiki i trampki. czuję się jakąś niby częścią zespołu i to fajne, ale męża tam nie znajdę (chyba że pana od rytmiki albo rozwiedzionego tatusia)
Hajs - na razie nie dostałam, niby ma być spoko.
Obiadki nie najgorsze, śniadanka, podwieczorki (dziś był niedobry, muffinki jak mojej roboty gnioty, jeszcze w 1 była mrówka i owoce - aronia!!! ale zwykle są drożdżówki, ciasto, paluszki, serki, dobre owocki i warzywka)
- Moje życie przewróciło się o 180° - beztrosko wysyłam CV jak leci, gdy nagle dopada mnei odpowiedź na jedno z nich. Akurat było przed Świętem Wojska Polskiego (lub Wniebowzięcia NMP). Pojechałam tego samego dnia na rozmowę, a już we wtorek prowadziłam lekcję pokazową, która się bardzo podobała! (Teraz sądzę że nie było za wielu kandydatów do wyboru) i już od kolejnego tygodnia pracowałam. Mija trzeci tydzień w pracy. Bardziej się chyba psychicznie obawiałam pracy na etat, niż było trzeba. Do wstawania można przywyknąć, do 8 godzin też.
niedziela, 1 września 2013
Zapomniał wół...
The early bird catches the worm.
Beggers can`t be choosers.
Don`t count your chickens before they`re hatched.
A bird in hand is worth two in the bush
The old cow thinks she was never a calf
Cut your coat according to your cloth
i moje ulubione: Birds of feather flock together
Co mnie tak naszło na angielskie przysłowia? Ano znalazłam pracę, gdzie mówię tylko po angielsku, polega ona na nauce dzieci w przedszkolu metodą imersji :) czyli zanurzeniu w środowisku językowym. Wysłałam CV w odpowiedzi na ofertę, tak jak wysyłałam na recepcjonistki, sekretarki u dentysty etc. Po procesie rekrutacji zostałam zaakceptowana, zgodziłam się na wszystko od razu, nie przyszło mi do głowy odmówić - Don’t look a gift horse in the mouth. Może nie szukałam akurat czegoś takiego, ale jestem zadowolona. Trzeba w życiu próbować nowych rzeczy i nie stawiać tylko na 1 kartę-Don`t put all your eggs in one basket. Mama zawsze mnie zachęcała do pracy w przedszkolu, same plusy: 4 posiłki, spacerki na powietrzu, z dziećmi można się pobawić. Przedszkole prywatne, płacą nieźle, są wycieczki, jak do aeroklubu :D
Beggers can`t be choosers.
Don`t count your chickens before they`re hatched.
A bird in hand is worth two in the bush
The old cow thinks she was never a calf
Cut your coat according to your cloth
i moje ulubione: Birds of feather flock together
Co mnie tak naszło na angielskie przysłowia? Ano znalazłam pracę, gdzie mówię tylko po angielsku, polega ona na nauce dzieci w przedszkolu metodą imersji :) czyli zanurzeniu w środowisku językowym. Wysłałam CV w odpowiedzi na ofertę, tak jak wysyłałam na recepcjonistki, sekretarki u dentysty etc. Po procesie rekrutacji zostałam zaakceptowana, zgodziłam się na wszystko od razu, nie przyszło mi do głowy odmówić - Don’t look a gift horse in the mouth. Może nie szukałam akurat czegoś takiego, ale jestem zadowolona. Trzeba w życiu próbować nowych rzeczy i nie stawiać tylko na 1 kartę-Don`t put all your eggs in one basket. Mama zawsze mnie zachęcała do pracy w przedszkolu, same plusy: 4 posiłki, spacerki na powietrzu, z dziećmi można się pobawić. Przedszkole prywatne, płacą nieźle, są wycieczki, jak do aeroklubu :D
Koniec szukania pracy, precz z wysyłaniem CV po polsku i angielsku na posady, których nazwy nie rozumiem (pewnie chodzi o junior korposzczura). Powiedziałam koleżance, która podsyłała mi oferty (np. pracownik witający klientów w salonie Porsche), że już nieaktualne, że pracuję i gdzie. A ona: O rany, współczuję! Z dziećmi?! Przecież Ty nie lubisz dzieci! Zamiast się ucieszyć czy chociaż tak powiedzieć, taka reakcja?! Jakoś pozytywnie zmotywować? Własnie chyba zapomniała jak sama pracy szukała, jak cały internet był pełen jej żali i płaczy, jak składała CV na ekspedientkę w Zarze czy H&M albo na kelnerkę w Zapiecku! A teraz jest korposzczurem, robi coś nudnego i marzy o innym życiu za granicą.
A wczoraj byłyśmy z Iwoną i jeszcze jedną koleżanką (przedszkolanką) na koncercie grupy Closterkeller w Parku Praskim. Ech, jednak Praga i praskie klimaty są niezaprzeczalne, ludzie grubiej ciosani, inni niż nawet na Gocławiu, o lewej stronie nie wspomnę. Chyba połowa widowni przyszła sobie posiedzieć i popatrzeć i wypić przyniesione z domu piwo. Potem w domu zjedliśmy pizzę z Nowolipek (taka pizzeria się otworzyła u nas, Pizzeria z Nowolipek się nazywa) i pobawiliśmy się z kotem.
The early bird catches the worm, but the second mouse gets cheese
piątek, 23 sierpnia 2013
Idzie nowe!
Więc jednak rok 2013 można nazwać rokiem wielkich zmian.
- Wyprowadziłam się z domku
- Prowadzę własne gospodarstwo
- Znowu zostałam bezrobotna
- ale udało mi się dostać pracę na etat jako anglistka w przedszkolu (pechowo na Ursynowie, tzn lepiej tam niż na Bielanach np., zawsze do rodziców można wpaść)
- Zapisałam się na prawo jazdy i chodzę na jazdy
- Mam kota
Patrząc na moje życie z początku roku - nie chcę zapeszyć, w przedszkolu na pewno nie będzie łatwo - lekcje w szkole po południu, męczące, ciężkie, potem szybko szybko leciałam na korki z Pragi na Ursynów. I szefowa kręciła nosem że ja tak gnałam, tylko wybiła godzina a ja się pakowałam. Cóż, jakby dała lepsze zarobki, to bym nie musiała dorabiać po godzinach. Jeść kanapek w tramwaju czy autobusie.Czasem musiałam brać tabletki uspokajające żeby zasnąć, tak mnie stresowały lekcje z niektórymi dziećmi. Nie będę płakać jak już ich nigdy nie zobaczę. I fałszywe obietnice premii za osiągnięcia czy co, masa gadania, a pieniędzy 50 (!) złotych. To naprawdę mogła sobie darować.
Prawo jazdy to też nie była łatwa decyzja, tak długo to odwlekałam. Ale gdy doszłam do etapu, gdy strasznie wkurzało mnie nawet oglądanie seriali z ludźmi prowadzącymi samochód - coś trzeba było z tym zrobić. Jestem zadowolona z tej decyzji, podoba mi się jazda samochodem, chociaż np. parkowania w ogóle nie czuję, robię tak jak instruktorka mówi. Od stania w korku boli mnie noga na sprzęgle, po jeździe na łuku prawie się skrzywiłam na amen, ale jest spoko.
I kotek Miętusek. Nie daje się miętosić, widać że nie ufa człowiekowi za bardzo, najchętniej by uciekł. Jest młodziutki, chętnie się bawi teraz, jak już wyzdrowiał. W szale zakupów kupiłam mu kuwetę, miseczki, zabawki, karmę, transporter w różowe kwiatki, i pewnie coś tam jeszcze.
Mama Cyryla też ma psa, różnica jest taka że trzeba było za niego zapłacić, i może być obciążony wadami "rasy", ale nie został zbadany gdy był na to czas... Nie mi tego pilnować, ja mam swojego kota i swoje zmartwienie.
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Niezbyt miło
Dziś huśtawka nastrojów bujnęła się w kierunek "olaboga". W rozmowie z Jaskrą stwierdziłyśmy że niemiło mieć operację. I tak o tym myślałam i myślałam, no i niestety doszłam do wniosku że być bezrobotną też jest niezbyt miło! Mieć perspektywę powrotu do pracy, której nie lubię i utknąć tam kolejny rok, też jest niezbyt miło! Problemy zdrowotne też są niezbyt miłe! Mieć niewidzialnego kota za pralką tez jest niezbyt miło! No i jak doszłam do kota, to już ryczałam na cały regulator. Że jak mi go szkoda, żal, jest malutki i już ktoś go wyrzucił. Że jest chory i tak strasznie kicha, prycha, rzęzi. Boi się wychodzić zza pralki. Cyryl się śmieje, ze kot miał mnie rozweselić, a ja tylko płaczę nad nim.
I tak oto doszliśmy do tematu kota
I tak oto doszliśmy do tematu kota
To najbardziej arystokratyczne z jego zdjęć. Wygląda prawie jak Russian Blue (porównanie z prawej) pomijając białe elementy. Więc jak pomyślę że został może wyrzucony z pseudohodowli przez te odmiany bo żaden snob z Nadarzyna go nie chciał, to znowu chce mi się płakać. Pseudohodowle nie znikną jak ludzie myślą że wspaniale przyoszczędzą na kupnie psa z bagażnika na stacji benzynowej, ale to temat na oddzielną notkę, i może niech kisielzkota się tym zajmie.
Na działce u koleżanki Gosławy obejrzałyśmy ogłoszenie tego kotka i chyba po piwku podjęłam szybką decyzję o adopcji (bo Gośka tak się nim zachwycała też). Ponieważ byłyśmy na działce w lesie ze słabym netem, trudno było to skoordynować, jakieś telefony, rozmowy na fb i ustalone. Powrót w niedzielę, w poniedziałek szalone zakupy jedzenia (Sheba, Purina One) kuweta, żwirek i bye bye prawie 100zł. Kot swój pobyt zaczął niefortunnie od zaszycia się pod kaloryferem i kałuży na poduszce (gdy został na chwilę sam).
Pierwsza noc była straszna, Cyryl spał w drugim pokoju, kot kichał, miauczał. Następny dzień latałam z miskami tam, gdzie przebywał, niewiele można było go obejrzeć. Ale jadł, to ważne. Kuwetę ogarniał coraz lepiej, ale w końcu wybrał sobie miejsce za pralką i tam zaparkował. Gdy był w piątek za kanapą, miałam lepszy widok na jego buzię i niestety miał załzawione oczka, z nosa cieknie, kichanie zrobiło się mokre w odgłosie, bulgoczące. Poprosiłam żeby Iwona i Gosława (drdr) go obejrzały. Wywabiliśmy kota zza pralki chrupkami, jak oddalił się, to drzwi zostały zamknięte. Potem został pojmany, obejrzany, podrapał Gośkę więc pazury obcięte. Machał łapami żeby się uwolnić, nie był złośliwy czy agresywny, nie gryzł.
Zrobiły mu test na FIV i FELV (kocie choroby układu odpornościowego, coś jak HIV, tylko Feline), wyszły negatywnie na szczęście. Teścik trochę jak ciążowy, ale z krwi, nie moczu. Po osłuchaniu dostał receptę na antybiotyk na infekcję dróg oddechowych, hurtem Immunactiv na odporność. Razem -70zł. Dodajmy do tego kocią wyprawkę, czyli transporter, miski (bo na razie je z ikeowych naszych) obróżkę, dalszą transzę jedzenia (Royal Canin i Animonda), zabawek parę i -150zł dalej.
Jest już wykastrowany i zachipowany, więc za to nie będę płacić chociaż. Ale dostał książeczkę zdrowia PSA, trzeba było zmienić na KOTA, bo wstyd chodzić do weta z "Certificate of dog" a na okładce brzydki maltańczyk.
Cieszę się że go mam, zwierzę w domu to coś super, cieszę się że mu pomagam i nie wrócił na ulicę.
piątek, 2 sierpnia 2013
Mam chętkę na toaletkę!
Maluszki mają swój kojec z zabawkami, dziewczynki dom dla lalek. Młodzież szkolna i studenci siedzą przy biurku a czy dorosła kobieta ma spędzić życie w kuchni? Nie mam swojego biurka w mieszkaniu, nie mam gdzie usiąść z komputerem, zeszytem, książką. Teraz siedzę na rozłożonym łóżku, pod plecami mam 4 poduszki żeby zachować jako tako wygodną pozycję. Dwie godziny w samochodzie dają się we znaki. Nie ma dobrego stołu do pisania czy jedzenia, ława jest za niska żeby długo przy niej siedzieć. A już jeść przed komputerem - to ryzyko poparzenia lub wymazania kompa w obiedzie. Cyryl ma taki wygodny fotel i duże biurko - jak tam usiądę to poczucie komfortu rośnie do nieba i nie chcę mu ustąpić. Czy ja nie zasługuję na to samo?
Zasługuję! Po to są toaletki, żeby dama mogła zajmować się dbaniem o urodę. I odpisywać na liściki, przeglądać książkę kucharską, oglądać seriale. Czy kobieta może przeżyć bez lustra? Oczywiście, ale jak trudno. Pomijając makijaż i fryzurę, nawet przy kremowaniu twarzy, co jak wierzę, robi każda kobieta, można pobrudzić włosy, ubranie. Problem z toaletkami jest taki że większość jest w strasznie barokowym stylu. Rzeźbione ramki, gięte nóżki, falujące szufladki pasują do pałacu, ale do gładkich ścian i prostokątnych pokoi już średnio.
Zachorowałam na toaletnicę złośliwą. Najmniejszym nakładem kosztów, bo gotowa z Ikei kosztuje 700 złotych. Tańszy wariant samo biurko to wydatek 300 złotych. Ale podobne biurko nie z Ikei i bez szyby na wierzchu to tylko 150 złotych. Lustro stare, ewentualnie wieszak, krzesło z domu od Cyryla i jakoś damy radę! Mieć swój kącik, gdzie pisze pamiętniczek, gdzie trzymam kosmetyki, maluję się i reguluję brwi. Tak kosmetyki leżą w różnych miejscach, na półce nad muszlą, skąd przypadkowo mogą się skąpać, w kosmetyczce, na parapecie. Nie mam jak się starannie wymalować, jak narysować kreski równe gdy ręka nie jest oparta o blat? I nie lubię wieczornych zabiegów pielęgnacyjnych "suchych" w łazience, gdzie parno i gorąco po prysznicu.
Czy macie toaletkę? Czy potrzebujecie? Która Wam się podoba?
Subskrybuj:
Posty (Atom)







