środa, 4 kwietnia 2012
Paw i sowa
niedziela, 10 maja 2009
Przygoda na Mariensztacie
nareszcie mai się maj... Przez zimną złą zimę prawie zapomniałam jak pięknie może być na świecie. Przecież oprócz pogody nic się nie zmieniło, ale jakoś lepiej :)
W piątek byłam z kolegą z liceum na piwie & pizzie. To zabawne, bo gdy się poznaliśmy w LO, nie przypuszczałam że tak sie polubimy i będziemy utrzymywać kontakt po tylu latach. Nic tego nie zapowiadało, on był we mnie zabujany (heeh, a potem będziesz to czytał :P ) a ja starałam sie unikać tego niechcianego adoratora ;)) Ale w piątek było bardzo fajnie, piwko na słoneczku, zielono, majowo, ta pogoda nie uznaje pesymizmu po prostu.
W sobote spotkałam sie z kolezanką na spacer, ale dosłownie na godzinkę, bo później byłyśmy z Iwoną zaproszone na ślub innej koleżanki, Kasi którąznamy od przedszkola :) i wyszłą za mąż już! w kościele Dominikanów na Służewiu, ceremonia była bardzo piękna, śpiewał chór i solistka. Na sam moment przysięgi ksiądz zaprosił wszystkich z ławek pod ołtarz żeby bardziej w tym uczestniczyć. Parę razy już miałam łzy w pogotowiu, ale jakoś sie opanowałam. Co było a nie jest...
Wróciłyśmy do domu, a wieczorem było po-obiado-weselne spotkanie i ognisko pod lasem :) tylko świadkowa ciut "dała dupy" ze wskazówkami i gromada weselników & państwo młodzi minęli miejsce imprezy o jakieś 50 metrów...nasyp kolejowy zasłonił ognisko, na marne przeszlismy ponad 3 kilometry, aby autobusem powrócić do miejsca zbiórki. W końcu dotarliśmy z zapasem weselnego jedzenia, ciasta, serów, i oczywiście wina :) wróciłysmy do domu po północy z ciastem na wynos ;))
Dzisiaj znowu w drodze, o 11 byłam na spacerze z koła naukowego na Mariensztacie. Tez tam fajnie, prawie hicior jak Saska Kępka, tyle że malutki. Właściwie poza ryneczkiem, nigdy tam tak naprawdę nie byłam.
sobota, 18 kwietnia 2009
niech żyje wolność
"Wolność to decydowanie o tym, kiedy się umrze" "Wolnosć to prawo wyboru" "Wolność może oznaczać brak osobistego zniewolenia" "Moja najwyższa wolność polega na tym, iż w każdej sekundzie mogę postawić sobie hamletowskie pytanie być, albo nie być? – i swobodnie na nie odpowiedzieć"
We wtorek byłam z siostra u koleżanki na nocy filmowej pod kryptonimem "karaoke u Władcy". Świetna sprawa, grałyśmy w wersję singstara scrackowaną na PC. Śpiewam Abbę lepiej niż Iwo! Za to Moonlight Shadow, One, Enjoy The Silence, Sweet Dreams... beznadziejnie nam szły ;) po jakimś czasie obcziłam jak należy śpiewac, żeby sie mieścić w skali (bo za to dostawało sie punkty) Śpiewałyśmy caałą noc! Słyszała nas caała Kolonia Staszica :D (mam nadzieję ze jednak nie, grube przedwojenne mury coś tłumią jednak)
W sklepie koło metra sprzadaja miodowego Ciechana, najlepszy towar eksportowy Ciechanowa. Następne dni upłyneły spokojnie, acz bez rewelacji. W piątek nie miałam zajeć szczęśliwym zbiegiem okoliczności, pojechałam z rodzicami na działkę kupować kanapy do domu na działce. Na rynek w Łowiczu :D taki bazar jak koło nas, tyle że w sezonie sprzedają kaczeta, kurczęta i jałówki (je akurat tylko ogłaszają)
Wybrałam piekne kanapy z umiarkowanym stopniem obciachu, o lekko prowincjonalnym charakterze (do domu nigdy bym takiej nie wybrała, ale na wieś - akurat! ) marzą mi sie jeszcze szydełkowe serwetki układane na oparciu :D
Ładnie jest na wsi, zielono, juz kwitną małe wiosenne kwiatuszki - hiacynty, narcyzy, szafirki. W tym roku bedą mieczyki - kwiaty, które kojarza mi sie z wiejskim ogródkiem przed domem. Jeszcze azalie, lilie, georginie, cynie, aksamitki, sasanki, groszek pachnący, bez... za dużo kwiatków i nie ma gdzie grać w badmintona :P
A dzisiaj pada, robię spis rzeczy na wyjazd do Szwecji. Gdyby to była czysta rekreacja, to nie było by problemu, ale mamy chodzić na imprezy, więc biorę buty na obcasie, masę ciuchów etc... Tydzień będziemy tam siedzieć, dobrze że wracam w piątek, będą dwa dni na odpoczynek :D