Pieskiem nie, jednak kotkiem. Kotek sukcesu nie myśli o wczoraj ani o jutro, nie martwi się o rachunki ani o menu obiadowe. Gdy coś mu dolega, to jest źle, ale jak przestanie to już dobrze. Bawi się, odpoczywa na poduszkach, szcza gdzie mu się spodoba - szczęśliwie często podoba się w kuwecie. Gdy chce jeść to załącza syrenę pokładową i po jakimś czasie leniwe beztioszkapy dadzą coś na ząb. Czasem bestioszkapy głaszczą, przytulają, można się na nich uwalić i pomruczyć.
Kotkami sukcesu można nazwać też bestioszkapy, które drugi raz w roku wyjechały na zagramaniczne kanikuły. Bestioszkapy jak młodzi bogowie nie mają dzieci, ślubu, mieszkania = brak wydatków. Jedna szkapa otrzymuje zapomogę od starszego pokolenia, druga zarabia jak Steve Jobbs, więc ogólnie na nic im nie brakuje. (Poza złotym Porsche Carrera).
Miałam pisać o wakacjacj, ale nie jestem Globstory, nie nagrałam żadnego vloga z podróży. O kosmetykach też nie mam do powiedzenia nic oryginalnego jak Maxineczka czy inne, gotować mi się nie chce. Paznokcie na odpierd** już pomalowane więc tutoriala nie będzie, mogłabym ewentualnie nagrać jak myję kuwetę lub kibel. Najchętniej bym się pospała jak kotek sukcesu. Mój blog nie zdobył specjalnej popularności (bo kto chciałby czytać o niczym, poza osobami zainteresowanymi w moich dirty secrets i hejtowaniu mojej osoby. Dirty secrets jednak nie poznają światła dziennego, chociaż właściwie ja żadnych już nie mam :P ) i kultywuję go jako relikt licealnej głupoty. Z tego okresu życia mogę polecić filmy:
Rockstar
Eurotrip
Dude, where is my car?
Jakoś zapadły mi w pamięć jako symbol lat młodości.
A no zapomniałabym.
Turbulencja 3 Heavy Metal
Cradle of Fear (jak my mogłyśmy to obejrzeć, okropieństwo, nawet zdjecia nie dało rady wkleić do postu bo Internet tego nie wytrzymał)
The Crow
Jedyny oryginalny i interesujący temat na bloga oznaczałby robienie z siebie ofiary losu, więc na razie jest pomijany ;)
Gdzieś przeczytałam lub usłyszałam kolejne ważne zdanie o tym, jak żyjemy swoje życie. Czyli: to co o sobie myślimy ma wpływ na to jak nam się żyje, sami w sobie w środku mamy narrację na nasz temat i otaczającego nas świata, i to tak jak reżyseria kształtuje nasz każdy dzień, czy wszystko jest w jasnych barwach a ptaki śpiewają głośniej niż zazwyczaj, czy też wszędzie pod górę i mimo wysiłków znów sikamy pod wiatr.
Więc co ja myślę o sobie? Zależy koło kogo stanę. Przyznam że zegar biologiczny tyka, i często wypatruję matek z dziećmi zastanawiając się czy może na mnie pora. Od tego boli mnie brzuch i nachodzi ochota zawinąć się kołdrą ciaśniej niż zazwyczaj. Kołdrą zawijam się w wynajmowanym mieszkaniu, co sprawia że czuję się wyrzutkiem społeczeństwa, choć... przecież stać mnie na wynajem mieszkania (a nie pokoju!) w Warszawie prawie na Kabatach, na koncie 5 cyfrowa suma (zanim zapłaciłam ten czynsz).
Długo na moją percepcję siebie wpływały wypadki losowe, co czyniło mnie ofiarą nieszczęścia okropnego, długofalowego, niszczącego młode życie etc. Czasami nadal tak o sobie myślę żeby siebie ojojać i usprawiedliwić niektóre postępki.
Czasami myślę że mało osób tak mądrych, pięknych, utalentowanych jak ja, bardzo lubię się otacza osobami, które umacniają to poczucie. Potem patrzę w lustro i ... Chyba każdy lubi siebie sytuować w jakiejś hierarchii i dodawać sobie zalet, chociażby przez odpowiadanie na pytanie 1 z 10.
Ogólnie miałam pisać o paznokciach hybrydowych, ale wystarczy napisać że polecam każdemu, kolorki piękne, paznokcie zniszczone umiarkowanie, ale jednak nie należy ich ściągać na siłę, tylko spiłować troszkę i rozpuścić.
Oraz od 7 lat jestem w związku i nie wiem co o tym myśleć jako że luby jakoś nie pcha się do żeniaczki.
"Piątkowy wieczór. Piątkowy wieczór dla wielu z nas jest najmilszą częścią tygodnia. Oznacza koniec pracy, a w głowie majaczy obraz dwóch wolnych dni. Za moim oknem wietrznie i chłodno. W domu ciepły koc, kot i herbata. Czas na spokojne przeglądanie sieci." http://nissiax83.blogspot.com/ Ona jest słynną jutuberką i mieszka w Nju Jorku a ja to ja, ale pewne rzeczy są takie same dla nas obu. Jakie to słodkie. Napiszę dziś o paznokciach, bo nie mam innych tematów które nadawałyby się do czytania. Nie będę się skupiać na technologii, bo są filmy i opisy, każdy zainteresowany może sięgnąć. Skupię się na części czemu tak, a czemu nie i może o kolorach. PLUSY: zrobiłabym to w tabelce ale chyba nie umieju.
Wygoda robienia paznokci raz na tydzień, dwa - tyle u mnie wychodzi bo nie jestem w tym najlepsza.
Brak odprysków przy praniu (pralka pierze wtf), zmywaniu czy szorowaniu.
Paznokcie suche i gotowe na wszystko od razu po pomalowaniu.
Paznokcie mocniejsze, nie łamią się. Można więc je ładnie zapuścić.
Cena lakierów jest przystępna w najpopularniejszej firmie, 29 zł. Lampa to ok. 150 zł. Inne akcesoria i preparaty też nie są drogie.
MINUSY i czy można z nimi się pogodzić.
Malowanie zajmuje do godziny, a zdejmowanie też (mówię o sobie). Czyli jak zdejmuję i maluję od razu to 2 godziny. Lepiej więc zdjąć jednego dnia, pomalować następnego lub później. Dobrze jest też robić przerwy między hybrydami czasem, bo zdarzają się alergie. Ale podczas przerwy nasze wyhodowane długie paznokcie mogą się połamać.
Trzeba bardzo dokładnie domalowywać do skórek,żeby nie było szybko odrostu, ale nie wolno ich dotknąć. Wtedy jest brzydko oraz wraz ze wzrostem paznokcia utworzy się przerwa, lakier podejdzie wodą etc i może się odkleić.
KOLORY które mam.
Jaskrawa czerwień z drobinkami w odcieniu czerwieni i niebieskimi. 027 To nie jest moja ręka, co chyba oczywiste. Ani moje zdjęcie.
Ciemniejsza czerwień wpadająca w bordo, zawiera drobny brokat dający efekt metallic. Podobna do powyższego koloru ale bardziej mi się podoba.
Kolor trudno opisać lub pokazać na zdjęciu, w sztucznym świetle różowy mocno, bardziej intensywny niż na tym zdjęciu. Brzoskwiniowy.
Fiolet w odcieniu prawie opakowania czekolady milka.
Ten kolor mam tylko na stopie (jednej , bo zmęczyłam się) Potrzebne były ze trzy warstwy a i tak nie jest pięknie. Mam nadzieję że będzie dobrze wyglądał na dłoniach.
Kolor który ma prawie każda dziewczyna, nasycony, wibrujący (co za słowo) fiolet, bardzo wyrazisty.
Lakier w kolorze greige, ani szary ani ciemny beż. Odpowiednik Smoking Hot Essie (moim zdaniem). Jego najlepszą cechą jest to że pasuje to wszystkich innych, nosiłam go i z Pastel Peach i z Bright Lavender.
Kupowanie lakierów jest trochę problematyczne, bo to co podoba się w komputerze, na palecie wygląda inaczej, w każdym świetle się zmieniają kolory. Ostatecznie mam dwie klasyczne czerwienie, parę pasteli i szarość, którą można dowolnie zestawiać.
Tak zdeczka mi się nudziło, tzn w przerwie między odkurzaniem a Muhtesem Yuzuil, weszłam na forum ulubione dawno porzucone, w temat Intymnie. Jakież to ludzie mają intymne problemy? Tyle że to nie o seksie jeszcze. Sama raz tam utworzyłam wątek pt. "Znajomi chłopaka mnie nie akceptują" (ci co zaprosili go na ślub samego) bo po prostu musiałam się wygadać.
Więc inne problemy pierwszego świata:
Jestem na studiach zaocznych, rodzice mi płacą za wsio a ja tygodniami siedzę i się nudzę, wegetuję. - No dziwne. Kto idzie na studia zaoczne i nie pracuje? W sumie ten co na państwowe się nie dostał i bogaty z domu.
Dawno nie byłem na imprezie a idę na sylwestra i nie wiem jak mam się zachować żeby mnie nie obgadali. - Facet? Seriously? Pedał. A gif z Sulejmanem musiał się pojawić!
Chłopak sprzedaje moje brudne majtki na allegro - :D:D Przedsiębiorczy młody człowiek, chociaż jakby do Japonii wysyłał to większą kasę by miał z tego.
Matka chłopaka dokarmia nas na siłę, daje nam tony żarcia na wynos. Co z tego że ja gotuję beznadziejnie, nie chceu od niej żarcia i już i prawie dochodzi do mordobicia!
Mówiłam mu nie na twarz, ale on i tak to zrobił! - Dobra, takiego wątku nie było ale musiałam wrzucić ten obrazek ze wspaniałą sceną animacji komputerowej.
Jestem księżniczką Izabelą i macie natychmiast mnie uwolnić... Sjuljejman...nie wytrzymam jeśli mnie nie $%#@*&
Już koniec wakacji, więc jako osoba która dwa razy powie a potem pomyśli - czas na notkę o wakacyjnym niezbędniku. Wakacje są wspaniałe the way they are, lecz niektóre rzeczy pomogą nam przeżyć je lepiej / łatwiej / oszczędzić trochę czasu, no bo przecież nie pieniędzy :P więc oczywiście miałam milion pomysłów ale teraz wyparowały. soczewki kontaktowe Cieszę się że wreszcie się zdecydowałam, namówiła mnie dziewczyna z pracy. Już dawno się zwolniła, ale przynajmniej mam takie o niej wspomnienie :P Koniec podwójnych okularów, w których wygląda się jak czopek nawet w najpiękniejszym miejscu. Btw okulary słoneczne na tym zdj nie są moje ofkors.
Początki były pieruńsko trudne, zakładanie, zdejmowanie, ale wszystko wynagrodziło wrażenie po pierwszej "aplikacji" i widzenie wszystkiego bez okularów ;) tylko okularnicy zrozumieją.
paznokcie hybrydowe
Niestety jest to pewien wydatek, ale miałam święty spokój że coś odpryśnie, złamie się. Zawsze, to znaczy przez 3 tygodnie miałam ładne (pod koniec średnio przez odrosty) paznokcie, które sprawiały wrażenie zadbanych. W sumie żałowałam że nóg też nie zrobiłam ale to już by było drogo.
Poza hybrydami polecam lakier powierzchniowy Essie Good to go - przedłuża trwałość, ale dla mnie tylko trochę. i nabłyszcza.
croscy
Crocsy te najpopularniejsze chodakopodobne były i są dla mnie czymś obleśnym. Brzydkie, może i wygodne ale za to jak wygląda...
Ten model też jest dosyć brzydki, nie lubię butów z paskiem przez środek stopy i jeszcze na kostce. Trzeba mieć nogi do nieba żeby jakoś w tym wyglądać.
Za to takie kroksiki są śliczne, prawie jak meliski za mniejszą cenę. Pokazuję w stonowanych kolorach, bo sama mam takie, i ten kolor pasuje do wszystkiego. Gdy się połączy z różem, wydaje się różowawy, a jak z zielenią - zielonkawy. Na początku strasznie mnie obcierały w pięty i mały paluszek, ale noga przywykła i teraz są bardzo wygodne.
uwaga
Nigdy nie zakładaj butów takie jak te na plażę. Gorący piasek wpada i zostaje, parząc nogę jak żelazne sapogi, jest to okrutne uczucie, zwłaszcza jak na plaży nie ma skrawka cienia by ochłodzić sparzone stópki.
ręcznik z decathlonu
Jest to ręcznik z mocrofibry szybkoschnący o jakiś tam wymiarach 130x80. Jest miły, szybko schnie, ma ładne kolory - ja mam różowy a Cyryl szary. I zwija się w taką zgrabną paczuszkę.
torba plażowa
Duża, większa, ogronma torba plażowa z Ikei sprawi że plażowanie jest łatwiejsze do spakowania. Wejdą do niej butle piwa, kapelusz, ciuchy, kremy, okulary. Nie wiem czemu ale na plaży po prostu ją zostawialiśmy i szliśmy do wody, mając nadzieję że plażowicze obok nawet nie proszeni będą patrzeć i pilnować. Tak też było - jak leży się na plaży to widzi się sąsiadów i kojarzy kto zostawił plecak na kocu obok. Pewnie jakby ktoś inny przyszedł myszkować, to nic bym nie zrobiła, chyba że byłabym pewna na pewno.
koc piknikowy
Różnią się wzorkiem i kolorkiem i pewnie ceną, my swój mamy z Netto w Ostródzie za 40 zł.
Składa się w zgrabną walizeczkę, jest od spodu podbity jakąś lichą pianką, która niby izoluje. Trudno z praniem, bo trzeba ręcznie z obawy o tą podszewkę kiepską, ale jest tylko na pikniki, więc co że trochę podśmiarduje spoconym kurzem.
Ostatnia pozycja to coś na upały, gdzie funkcjonowanie jest niemożliwe do przeżycia:
spryskiwacz
Lekka wodna mgiełka otuli Cię ułudą ochłody, a co najważniejsze kosztuje parę złotych a woda z kranu za darmoszkę.
Jedź na wakacje, mówili. Będzie fajnie, mówili. I co? Poziom mojego stresu jest wyższy niż kryzys w Grecji. Poczynając od własnych potknięć ( zarezerwuj hotel na szybko, tydzień przed wylotem sprawdź go na holidaycheck-u i rycz godzinę), potknięć Cyryla (kąpielówki w magiczny sposób znalazły się u kogo innego) na ogólnej złośliwości świata kończąc. O znacznym ubytku kasy nawet nie wspomnę, bo okaże się że sama wycieczka to kropla w morzu. Dodajmy do tego depilację (80 zł), nowy kostium (209 zł) soczewki kontaktowe - choć tego pewnie i tak nie użyję, bo już mnie oko boli (210 zł jednodniowe na dwa miesiące) manicure hybrydowe (65 zł) książki (90 zł).
Chciałabym żeby czas się zatrzymał i godzina zero nie przybliżała się tak szybko, choć wiem że poczuję ulgę gdy wsiądę do samolotu. Jestem bardzo zestresowana, najgorsze że wylot o 6 rano i nie wiem czy kłaść się spać czy nie. Z drugiej strony - po powrocie z Bułgarii zostaje nam tylko tydzień urlopu i powrót do pracy, o czym nie chcę myśleć. Cieszę się na następny wyjazd do Suwałk, ale z drugiej strony - nie wiem czy przebije wyjazd pod namioty w zeszłym roku, a może będzie drętwo.
Jako że życie w pracy to tylko 1/3 życia w ogóle - aż dziwne- czas popisać o moich szalonych pasjonujących rozrywkach towarzyskich. Są bardzo poważne, jak na osobą w moim podeszłym wieku przystało. Ponieważ często jestem samodzielnie oddelegowanym kierowcą, zwiększa się spożycie Lecha Free. W istocie rzeczy wszystko kręci się dookoła tego samego grona osób, jestem nudna jak nie wiem, ale cud że ktokolwiek poza moim kotem chce spędzać ze mną czas.
Działka. Działka jest jaka jest, do roboty poza wylegiwaniem leżaka, hamaka, jazdą na rowerze, spacerkami, pracą w ogródku lub ogniskami/ grillami niewiele jest. Teraz otworzył się browar więc można siedzieć i tam. Ale pojechaliśmy z Cyrylem. W okolicy są inne atrakcje, których nie zwiedziliśmy, takie jak Nieborów, Arkadia, Łowicz no i tyle. Takie leniwe wiejskie życie.
Rybactwo rybołóstwo wędkarstwo czyli wyjazdy niby to na ryby, ale w sumie na grilla i ognisko i picie piwa. Wędki właściwie to taki atrybut kamuflażu że piwo nie jest jedyną przyczyną wyjazdu, bo ryby łapią się przez przypadek jedynie. Miejsce jest jedno, jeziorko w odległości niewielkiej od dwóch kumpli nierozłącznych jak paski na dresie. Miejscówka niby ok, ale nic specjalnego. Przypomniałam sobie jak kiedyś jechaliśmy na grilla za Łomianki, tam też było jeziorko. No to jednak była większa masakra.
Rozrywki inne, takie jak:
Dni Ursynowa i koncerty Vavamuffin i Braci. Całkiem miła rozrywka, siedzenie na górkie i picie z puszkie, słuchanie muzykie.
Wyjazdy zwiedzanie okolicy jak tężni w Konstancinie ;) piękny park i eskadra kaczuszek, no i te solanki, po prostu +100 do zdrowia.
Spotkania towarzyskie Balkon Party z koleżankami z pracy. Więc towarzystwa w których się obracam to: towarzystwo "Z klubu Vegas", tam przynajmniej czasami pojawiają się nowe osoby. Koleżanki z pracy, tzn wybrana wyselekcjonowana ekipa. Pokemony. Reszta to wolne elektrony, ale prawie że nie wpływają na pracę systemu.
No i wyjście do teatru Polonia na Shirley Valentine, jakimś magicznym zrządzeniem losu miałyśmy miejsca w drugim rzędzie i Krystyna Janda była na wyciągnięcie ręki.
Wyjście do kina, ale o czym tu gadać. Na Avengersów już 4 latki chodzą ...
Tic Taki bananowe takie sobie, choć z minionkami. A popkornowe dobre dla fanów karmelowego popkornu takich jak ja.
Oto mój wpis z pierwszego w życiu pobytu w szpitalu. Choć bałam się strasznie, gorsze było czekanie czy będzie lepiej czy gorzej. Dwie wizyty na SOR w Bielańskim, jedna zakończona powrotem do domu z powodu ZUM - niby radść, ale sprawa podstawowa nic się nie polepszyła, więc po tygodniu ta sama droga, czekanie pierdyliard godzin na numerek, przyjęcie i rozmowy z debilnymi stażystkami: - Niech pani określi swój ból od 1 do 10. - Ale mnie nic nie boli. - A czy ból promieniuje? <ściana>
Pierwszy wenflon na SORze
Przytulne łóżeczko na korytarzu. Blisko kibla, ale lampy w gały całą noc, bez kontaktu - telefon łądowałam w kiblu. Szczęśliwoe tylko 1 noc.
Pierwsza kroplóweczka, też na korytarzu.
Awans do normalnej sali, 3 łóżka, łazienka własna, telewizor - no na monety, ale zawsze coś, i WIFI!! łóżko przy oknie, wygodne w miarę, szafka z blatem.
Łazienka z ciepłą wodą (no trzeba było trawić) ale czysta, nowa. Tylko bez lustra... Lustro było w kuchni i w łązience dla odwiedzających :P
Typowe danie obiadowe. Zupa jakaś tam, dwie kulki kartofli, sałatka np. marchew z pietruszką O_O i sztuja mięsa. Kotlet rybny np.
Niebieski wenflon dla niemowlaczka.
Przebój mody szpitalnej, leggingy norweskie. Przynajmniej ja sie przebierałam w piżamę i odzienie codzienne, inne staruchy all day w pasiastych piżamach suwały po korytarzu.
Racja żywieniowa. Jabłka zjadłam, kawę piłam i herbatą reszta w większości wróciła do domu.
Cytuję: "Wspaniałe ujęcie ukazujące radość z podróży przeplataną wzruszeniem z powodu odzyskania zdrowia ". Dobry kolega Michał przyjechał i zabrał mnie w tego miejsca boleści.
Nalana od sterydów gęba i włosy nie myte od tygodnia. Ale czesałąm sie w dobierany i wszystkim się podobało. Albo tak mówili tylko.
Tak spędzałam dnie. W sumie było spoko, relaks, ktoś odwiedzał, można było pogadać lub oglądać Wspaniałe Stulecie.
Inny obiad. Niewiele różni się od pozostałych, tylko jak pokroić sztukę mięsa bez noża? Nie dawali noży, każdy miał własny. Przez ilo,ś,ć zup mlecznych stwierdziłam że jednak nei mam alergii na laktozę.
Karta dokonań medycznych. Ciśnienie pierwsze mierzyli o 6, więc nie dziwne że jak u trupa.
To co można porabiać w wolnym czasie. Jeść sushi z biedronki.
Miałam napisać recenzję perfum mojego życia, ale aktualnie zalatuje mi pod nos gipsem Cyryla. Noga nie myta od dwóch miesięcy wyhodowała dyskretny aromat żula, co nie sprzyja opisom kwiatowych aromatów.
Z nadejściem wiosny zmieniliśmy czas na letni. I oto chwila na refleksję, gdyż w 2009, 27 marca gdy czas się przesuwał, Cyryl Weronikę poznał ;) Było to na imprezie u Cyryla na Wileńskiej, gdzie poszłam z kolegą Zbysiem i koleżanką Olą i Kubą "z grzywką". Pamiętam że moje serduszko wtedy mocniej nie zabiło, gdyż jeszcze nie uwolniłam się z emocjonalnego bagna poprzedniego związku *.
Ale po paru spotkaniach się umówiliśmy do Studenta, i godzinę całowaliśmy się na ławce w parku :P I tak to poszło.
I po 6 latach Cyryl jest unieruchomiony w domu a ja poszłam z koleżanką na koncert Braci Figo Fagot. Aż sama się sobie dziwiłam że tak bardzo chciałam, czy to były te dni w miesiącu, czy już miałam dość siedzenia w domu, czy potrzebowałam chamskiej rozrywki czy coś innego? Poziom emocji wyższy niż zazwyczaj, bałam się że jak Cyryl na swojej samotnej imprezie coś sobie zrobię, np. złamię nogę. Perspektywa oglądania King Konga i jedzenia czipsów - zwykle tak kusząca - straciła blask, a ja z prędkością światła tuptałam na przystanek. Koniec końców wyjście było bardzo udane, wybawiłam się za cały czas spędzony z kaleką w domu, trochę jak pies spuszczony ze smyczy. Niestety nie posiadam słit foci do upięknienia notki, ale co za różnica, gdy czytelników niewielu ;)
_________________________
*(który trwał 4,5 roku a powinien 2 miesiące, Bożenko jaka byłam głupia i chodziłam z nim tylko aby nie być sama i byłam zafascynowana ideą chłopaka, a potem już przyzwyczajenie druga natura nie pozwoliły tego skończyć, aż wreszcie w Halloween 2008 nie przyniósł mi krzesła w Tattoo i na następny dzień się z nim pożegnałam. Przed miesiąc, góra dwa byłam na emocjonalnym haju ze swej odważnej decyzji, a potem już chciałam wracać od skurczów macicy i trochę tak było, a serduszko znów zabiło mocniej, a on mówi: od 2 lat Cię nie kocham ale tak wygodnie być razem - więc było friendzone masakra, aż pojawił się Cyryl)
Taki mamy klimat, że czasami są urodziny, czasami w zimę, i czasami jak ktoś na nie pójdzie to popije za dużo i spadnie ze schodów (lub nie wiadomo w sumie, może pług śnieżny potrącił lub drzwi przytrzasnęły lub dziki kot poszarpał) i noga złamana.
Tak więc Cyryl nogę złamał w stawie skokowym z przemieszczeniem i uszkodzeniem więzadeł. Dwa tygodnie w szpitalu jak w mordę strzelił spędził. Ale nie o jego niedoli tu piszę, tylko o mojej, bo przez niego zostałam na dwa tygodnie sama z kotuczkiem. I nigdy przenigdy nie mieszkałam tyle sama, zawsze z rodziną, siostrą i w końcu Cyrylem.
Minusy są takie że bałam się jakiś paranormalnych aktywności, bo jestem strachliwa. Ale tylko w nocy przed snem, i tabletki uspokajające pomagały ;) Minusem jego wypadku jest też wzmożony kontakt z jego matką, która:
a) chciała pozwać chyba schody które przewróciły Cyryla
b) kazała mi wylać cały alkohol z domu, na wszelki wypadek (oh, gdyby wiedziała że mam wodę brzozową w łazience...)
c)chciała żebym ja chodziła do prokuratury pozywać te schody
d) kazała mi gotować i robić zakupy - jakbym normalnie tego nie robiła
Niestety nie mogłam w pełni rozkoszować się czasem samotności, bo moje dni wyglądały: praca, szpital, dom i spać. Dzięki też temu minęły bardzo szybko. Wnioski z mieszkania samemu:
- nikt nie śmieci poza mną
- jak coś gdzieś zostawię, to następnego dnia tam to znajdę. No chyba że kot znajdzie to pierwszy
- nikt mi podstępnie nic nie zje
- nikt nie zajmuje łazienki
- żaden owłosiony orangutan nie brudzi wanny włosami
- mogę zapraszać koleżanki i nikomu nic do tego
- kot był zupełnie nieznośny bo tylko jedna bestioszkapa się nim zajmowała.
A teraz już prawie miesiąc Cyryl siedzi w domu wychodząc do lekarza, i raz poszliśmy do kawiarni. Pojechaliśmy tzn.
Organizmy żywe wchodzą ze sobą w różne powiązania. Oddziaływania te (interakcje) są zależnościami pomiędzy osobnikami tego samego gatunku albo między różnymi gatunkami.
Jasna sprawa. jako jedyny gatunek, który rozwinął cywilizację, łączymy się w pary, grupy, skupiska. Niektóre dobrowolnie - znajomi, partnerzy, a inne są narzucone - klasa w szkole, praca. Dobrze jest, gdy w tej grupie można odnaleźć z kimś wspólny język. Gorzej, gdy tylko się tak nam wydaje - kogoś polubiłam, ale okazuje się że ten ktoś mnie nie, albo tylko patrzy żeby mnie wykorzystać. Czasami zdarza się, że ktoś polubił mnie, a ja jego nie - i wtedy sam się prosi o bycie wykorzystanym. Ta sytuacja zdarza się rzadko niestety.
Jakie rozróżniamy formy współżycia? Między innymi gatunkami, bo zwierzęta nie ludzie, potrafią się jakoś dogadać. Jedna sikorka drugiej nie wepchnie kotu do paszczy.
Mutualizm - ( symbioza obligatoryjna) jest to ścisłe współżycie dwóch gatunków. Gatunki przynoszą sobie nawzajem korzyści. Są tak ściśle powiązane, że nie mogą żyć bez swojej wzajemnej pomocy.
To ideał związku partnerskiego ;) Mam nadzieję , ża mój związek, w którym on leży na kanapie oglądając 1 z 10 ( i nie wie co to znaczy Dulce et decorum est pro patria mori =='), a ja piszę bloga i gotuję obiad, też do tej grupy należy.
Protokooperacja - współżycie 2 organizmów, niekonieczne ale dające korzyści obu stronom. Może być tylko okresowe.
Być może to sytuacja, w której dotrzymujemy towarzystwa innej osobie, np. na studiach - koleżanka gwarantuje nam wkręcenie się w interesujące towarzystwo, a my pomożemy jej i damy notatki. Pożyczymy książkę, zrobimy ściągi, w ogóle napiszę za nią egzamin... nie, do niczego taka współpraca! Prędzej: ktoś organizuje fajny wyjazd, jak pod namiot do Finlandii a ja łaskawie decyduję się zaoferować moje wspaniale towarzystwo.
Komensalizm- daje korzyści tylko jednej populacji, gdy druga jednak nic na tym nie traci, nie szkodzi jej to.
Inaczej współbiesiadowanie. A tutaj nie umiem wymyślić żadnego przykładu. Widać u ludzi taki układ nie ma miejsca. Może: ktoś nie jadł ciasta, bo się odchudza, więc ja je zjem. Koleżanka ma fajnego kolegę, ale go nie podrywa, więc ja sobie go biorę...a imię jego Cyryl.
Neutralizmto typ obojętnego współżycia jednej populacji wobec drugiej, kiedy organizmy żyją w tym samym ekosystemie ale nie wchodzą w bezpośrednie relacje (np. sikorka i kaczka).
Czyli ja i reszta ludzi żyjących na naszej planecie! Co za mizantropijne wyznanie, ale jeżeli relacje nie podpadają pod wyżej wymienione, prędzej mogę stracić niż zyskać z takiego związku. Nauczona przez doświadczenie życiowe, ludziom nie należy ufać, bo zaoferują ci kopa w dupę i poprawią miłym słowem. Nie należy tez być przesadnie szczerym, bo : Szczerej Kasi majtki widać! Interpretacja według uznania.
Konkurencja- organizmy rywalizują ze sobą o zasoby środowiska np. o światło czy pokarm. Konkurują organizmy, które żyją w tej samej niszy ekologicznej. Ze skrajnego punktu widzenia; nie należy pomagać innym, gdyż konkurujecie o powietrze na tej samej planecie / o pracę / oceny / samca. I mogą się zmienić w zombie w czasie zombie apocalipse. Oczywiście, co to byłby za świat, należy więc umiejętnie wyważyć szale, żeby przejść w stronę protokooperacji lub mutualizmu: ja uczę dziecko kuzynki a ona mi leczy zęby.
I dochodzimy do sedna tego przydługiego wywodu, czyli ostatecznej formy współżycia społecznego:
Pasożytnictwo- jedna populacjażyje kosztem drugiej, czerpiąc z niej przez długi czas pokarm.
Teraz myślimy o naszych znajomych... i kto z nich jest pasożytem? Kto tylko truje de..
czy masz to, tamto, czy mi dasz, kupisz, zrobisz kanapkę bo mam dwie lewe ręce, powiesz tabliczkę mnożenia, bo pewno znasz lepiej niż kalkulator, poradzisz jak uprać skarpetki bo jestem debilem. Ile to przyjaźni rozpadło się, bo ktoś odmówił zrobienia jakiejś głupoty. I starasz się być pomocny, pożyczasz te notatki, potem Ci je gubią. Mówisz że coś zrobisz, tracisz pół życia, a potem i tak jest że źle. Pytam sama siebie: czemu więc nadal znajomić z tymi ludżmi?
Więc motto: Gdy Cię o coś proszą, to zrób źle, więcej Cię nie poproszą!
Święta się zbliżają, prezenty czas kupować - może zamiast głupot, uczucia podarować?
Kupić coś trzeba, czasem już nie ważne co, tylko COKOLWIEK. Durnostoje, kosmetyki bazarowe, prezent przechodni, albo kasa - co jest już najsensowniejszym rozwiązaniem. Zainteresowała mnie książka o Minimalizmie po polsku , chciałam dostać na urodziny- co jest już przeciwieństwem treści tej książki. Ma promować prostotę i posiadanie małej ilości rzeczy, a nie kolejnej książki ;) Miałam urodziny wiele razy, i sama wiele razy kupowałam prezenty, dlatego wiem jak to wygląda. Kupić coś :P W najlepszym wypadku kończy się na alkoholu lub czekoladkach. najgorzej - na czymś czego nikt by nie chciał, nie użyje, nie założy i tylko zajmie miejsce w szafie lub raczej pod łóżkiem. Dlatego większość prezentów to zwykły nonsens, kupiony tylko BO TRZEBA ta dam! Trzeba robić listę, a nie czaić się a potem żałować. Jakieś beznadziejne filiżanki z wigilii pracowej, które gdzieś tak skutecznie schowałam że nie chuchu nie wiem gdzie są. Ciuchy, w których nie chodzę a szczyt szczytów to gunwo stare co komuś zbywa, np stary aparat na kliszę od kuzynki, który nam ofiarowała gdy już wchodziły cyfrówki :/
A teraz jest kacowa niedziela, jestem zła jak osa, u sąsiadów łupie muzyka, u drugich bachor ryczy i zaraz mnie coś trafi. Jutro do pracy znów odwalać robotę za dwie osoby, bo jedna na zwolnieniu jest bo ma alergię ... 2 tygodnie na syfy na gębie?? Tez mam alergię i ŁZS na twarzy i jakoś chodzę do pracy. Melisa się skończyła, ale znalazłam resztkę kropli walerianowych w łazience.
Notkę dedykuję wszystkim, którzy przyczynili się do zmiany starej nudnej Werki w nie wiem co, czego sama się boję.
Odniosłam ostatnio wrażenie, że dorosłe życie jest pasmem nieprzerwanych wyborów. Nie mówię tu o pozornych wyborach ( iść na zielonym czy czerwonym? wstać rano do pracy? oddychać czy nie?) ani wyborach politycznych, bo to inny temat. Jak w takich książeczkach, gdzie każdy wybór wersji zakończenia odsyłał nas do innego rozdziału. Tylko że tam było tylko jedno zakończenie koniec końców i w końcu musiałeś na to wpaść. A w życiu każda decyzja pcha na inne tory.
No więc moje "poważne" wybory tego tygodnia: iść na piwo czy do kina? Co bym nie wybrała, kogoś zawiodę odmową. Jechać na weekend do lasu czy na koncert, o którym zapomniałam (ale bilet już kupiony!) Decyzje jakieś podjęłam, żadna chyba nie skierowała mojego życia na inne tory - ale może uchroniły mnie przed jakąś losową katastrofą?
Np. dziś podjęłam decyzję kupić ten Krem Nivea Sensitive a tu recenzje takie słabe :( Oczywiście kupiłam na dzień i na noc kombo. mam nadzieję że mi twarzy nie zepsuje. Gdzie krem Alterra z dziką różą?
Zanabyłam drogą kupna też eyeliner. Akurat pędzelek kiepski, to sobie zamieniłam na fajny z starego eyelinera Catrice.Niestety, tak samo jak lubię eyelinery, to budowa mojej powieki tego nie ułatwia, i problemy z wrażliwym okiem powodują łzawienie i rozmazuje się.
Lakier Astor , jeden z moich ulubionych . To nowy kolor akurat z lewej, a z prawej stary, w Rossmannie promocja 2za1 i mogłam kupić oba prawie identyczne. Dobrze się maluje, trwały - na moich beznadziejnych paznokciach w miarę. ładne kolory, dobrze napigmentowany. Polecam.
Z ulubieńców nie-kosmetycznych: Sok bezpośredni Słoneczna Tłocznia . Wiele smaków, samo zdrowie, łatwo się nalewa. Również polecam.
Dziś czas na notkę, o której już dawno myślałam, a tematem jej będzie prawo jazdy kategorii B.
Wiek 27 to dosyć późno na zdobywanie takiego dokumentu. Zawsze się broniłam przed tym: ja nie potrzebuję, nie chcę, a powodem naprawdę był strach. Bałam się tego wyzwania, długiego kursu, trudności i na koniec egzaminu.
Więc pierwszym krokiem było podniesienie rękawicy. W tym czasie moja siostra była w trakcie swojego wieloletniego procesu aplikacji na kierowcę ;) co też mnie raczej nie zachęcało. Opowiadała o głupich instruktorach, porażkach na egzaminie... Akurat skończył się rok szkolny i tym samym moja praca lektora, akurat masa czasu na takie przedsięwzięcie (które cały czas jednak wisiało nade mną - każdy ma prawko, trzeba to zrobić, nie ma co się wykręcać, to jednak się przydaje) i za pomocą tabelki decyzyjnej:
co się stanie gdy pójdę na kurs | co się nie stanie jak pójdę mogę go zdać i jeździć autem nie będę miała wyrzutów że nie próbowałam
co się stanie jak nie pójdę | co się nie stanie jak nie pójdę
nadal nie będę miała prawka i nie wydam kasy i nie będę się stresować
nie będę jeździć i będę życiowym
looserem
Więc wybrałam szkołę na Gocławiu (lepsza gorsza, ważne że wydali papiery, choć potem się zamknęli gdy mi zostały jeszcze 4 lekcje :P) Uczyłam się, zdałam teorię wewnętrzną od razu, potem... jakoś się to zatrzymało, nie mogłam się zebrać jechać na Odlewniczą. Gdy przeprowadziliśmy się na Ursynów akurat szybko moja siostra zdała egzamin za czwartym razem. Więc spięłam się, zadzwoniłam do jej instruktora, pana Irka i wio na jazdy. Była zima, śnieg, ciemno. szło mi tragicznie! Kiedy oznajmił mi, po wielu lekcjach, że słabo i dużo trzeba ćwiczyć - wróciłam do domu z płaczem i poddałam się. Do wiosny gdy będzie ciepło, choć miałam już termin egzaminu, a teorię też zdałam. Przełożyłam na później. A potem wiosna, Święta, wyjazd do Włoch ii nagle zostało mało czasu do wygaśnięcia ważności teorii! Więc szybko szybko jazdy i egzamin! 8 rano sobota. Egzamin nie zdany, bo ze stresu - stres był straszny - wyjechałam z łuku, choć na jazdach było perfekcyjnie. Drugi termin, znowu jazdy i łuk perfekt, górka za drugim podejściem i wio na miasto! W kiepskim stylu, egzaminator płakał prawie ale z litości zaliczył!
I zaczął się drugi etap, który trwa do dziś, czyli Zielony Listek. Jazda Lanosem po wsi w kółko. Po Ursynowie, też w kółko. Nie miałam jak ćwiczyć i czym jeździć. Wtedy Cyryl też zdał egzamin wreszcie, zmobilizowany moim sukcesem. I mógł zabrać mamusi samochód.
Skoro nie miał jeszcze plastiku, samochód musiałam prowadzić ja. Z Pragi na Ursynów kierowca zielony jak ja, doświadczenie zero... ale dojechałam! Ledwo, przerażona ale dałam radę.
Od tego czasu czasem jeżdzę, ale raczej nie sama - sama tylko do pracy, dalej się boję. Inne trasy z Cyrylem.
Dopiero co wróciłam z wyjazdu, kolejnego w tym roku, nad jeziora.
Co było gorszego w tym wyjeździe? Warunki sanitarne syf kiła i mogiła. Pogoda pod psem i kotem. Malutki ciasny namiot.
No to czemu to był najlepszy wyjazd tych wakacji? Ludzie :) I w tym miejscu dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego wyjazdu. Choć padało i kąpaliśmy się tylko dwa razy ... a nie, trzy, jeśli liczymy pływanie na waleta o północy :D Wahałam się, ale w końcu się skusiłam! Rozebrałam się w tempie błyskawicznym, od którego szybsze było tylko tempo ubierania, bo jednak wiało i było zimno w ciuchach nawet :D
Jezioro Świętajno jest najpiękniejszym nad którym byłam, a przede wszystkim jest czyste jak łza. Nie ma na nim żaglówek, bo nie łączy się z żadnym, co wyklucza dwa powody syfów. Jest płytkie przy brzegu, 100 metrów wgłąb i woda do pasa. I nadal widać swoje palce u nóg dokładnie jak w basenie czy w wannie.
Kemping w lesie na górce, jedyny minus to bliskość sławojki, z której zalatywało tzw. "heavy metalem", ale chociaż było blisko się odlać.
Kolega Zbysław zadobył drogą kupna altankę, taką jak na bazarze sprzedają rajstopy w. Chroniła nas przed deszczami i burzami. Innymi must have na biwaku są: stolik, krzesełka / lub chociaż pustaki, mokre chusteczki, taśma życia, butla gazowa i palnik, kurtka przeciwdeszczowa oraz samochód, gdzie trzyma się wszystko, gdy namiot za mały :D a i latarka czy lampka i koc piknikowy wielofunkcyjny. Można usiąść na trawie lub jak na poduszce na pustaku ;>
Nie będę ukrywać że piliśmy sporo, głównie piwo i Soplice smakowe (pigwa, śliwka, orzech laskowy the best i wiśnia i lubelska cytrynówka). Ja piłam po pół kielonka, ale kolega nie był taki sprytny, co przepłacił zatruciem alkoholowym ostatniego dnia. I musieliśmy jechać do Szczytna, gdzie WSPol, na komendę dmuchać. I ja musiałam prowadzić :O
1. Nowego postu o Milci nie będzie, bo nie mam żadnych nowych informacji na jej temat. Czy ogólnie wpis o niej? To nie mój pies, sama bloga załóż o przygodach Milki i Indiana Wąsa.
2. Długi przestój spowodowany był komentarzami hejtera... trochę obrzydziło mi to dzielenie się z kimś swoimi wypocinami. Czemu ktoś anonimowo mi pluje do kapci, szykanuje potwarzami, wyjętymi ze swojego rynsztoku na dodatek. Nie wiem czy to ktoś obcy, czy znajomy - wtedy może byłoby to łatwiej znieść. Jeśli to po prostu takie małe szpilki od kolegi to niech już będzie, ale jeśli jakaś zmora z przeszłości się ujawniła? Jakiś człowieczek, o którym wolę zapomnieć że poznałam, bo to wstyd? :P
3. Wyjazd na wakacje opisała Iwona na swoim blogu. Nic dodać nic ująć.
4. Szykuje się kolejny wyjazd, dożynki wakacji. Pod namiot nad jezioro Narty. Strasznie się napaliłam głównie ze względu na myśl "O fuk, pewnie nie dostanę urlopu!! Die bitch!!", ale urlop 1 dzień otrzymałam. Teraz martwię się o logistykę. Jak to będzie pod namiotem, jak z transportem (prawo jazdy to za mało by gdzieś dojechać) i jak z pogodą, co w sumie najważniejsze i nie mamy na to wpływu.
Życie życie jest nowelą.
Już rok prawie w przedszkolu mi mija. Tak to już się porobiło :) i kot Miętus już rok z nami. Ale inne mieszkanie.
A tak było jak się poznaliśmy. Nie była to miłość łatwa miła i przyjemna od początku, oj nie.
Moje typy na lato.
1. Płetwy do pływania! Z płetwami nawet takie beztalęcie może poczuć co to swobodne pływanie na środku jeziora. (schodząc z roweru wodnego ofkors)
2. Koc do plażowania z Netto w Ostródzie. O swoim niedoszłym kocu z allegro Iwona chyba też pisała.
3. Tangle Teezer, który z łatwością rozplącze zmoczone jeziorną wodą włosy.
4. Piwo Czarny Kot na przykład. Lub inne ^^ każde piwo na upały jest dobre, ale w rozsądnej ilości, np. jedna szklanka dziennie. Szklanka, nie kufel.
5. Koktajl z mrożonych owoców, świetnie chłodzi.
6. Vichy Captital Soleil i Eveline z Argan Oil.
7. Grillowany lub smażony pstrąg.
8. Gra Subway Surfer.
9. Książki V.Roth trylogia Niezgodna, H. Murakami 1Q84-też trylogia!, E. Giffin Ten Jedyny.
10. Piosenki -Indila Dermiere Danse, Let It go :D Hera koka hasz LSD!